Miłość, która nie umarła
"Miłość nie jest cieniem myśli." - napisał
któregoś dnia w swym dzienniku pewien
samotnik. Nie jest ani moja, ani Twoja, ani
nikogo innego. Jest jak światło.
To poczucie jest mi bardzo bliskie, choć
właściwie niewiele wiem o miłości doskonałej.
Kiedy usłyszałem jak Lhasa de Sela śpiewa
"Meu amor, meu amor" Amalii Rodriguez
zupełnie zapominałem o tych słowach.
Było to już po śmierci Lhasy. Ona umarła,
a ja nie przestawałem za nią tęsknić. Nie
potrafiłem sobie tego wytłumaczyć inaczej niż
tak, że miłość nie przemija. Jak napisał kiedyś
pewien poeta, namiętność znika jak duch, kiedy
zapieje kur, ale miłość nie przestaje być obecna
w sercu.
Ale przedziwne było to tak silne przeżycie
w stosunku do osoby, z którą nie łączyło
mnie nic natury intymnej (czego nie trudno
się domyślić). Nie chodziło też o fascynację
jej artystyczną osobowością, czy typem
urody. Nie nazwałbym się jej fanem
(pomijając idiotyczność samego tego słowa).
Poczułem raczej w stosunku do niej coś
porównywalnego z wyobrażeniem
chrześcijanina, że Jezus go kocha, z tą
może różnicą, że to poczucie nie wykluczało
miłości do kogoś innego, kto istniał całkiem
realnie i nie wiązało się z niczym
nadprzyrodzonym. (Nie ma też w tej miłości
zaborczości, chęci bycia dla kogoś "prawdą,
drogą i życiem").
I Jej miłość nigdy mnie nie opuściła
- nawet w najbardziej tragicznych chwilach
mego życia. Zawsze była ze mną, także wtedy,
kiedy inni mnie porzucali. Dlatego z taką
wdzięcznością myślę o niej. Kiedyś musiało
na nią spłynąć światło miłości i mogła
je przelać na każdą czującą istotę, poczynając
od wyrzuconego na piasek przez morze
stworzenia.
Tak więc Lhasa jest dla mnie kimś
podobnym do bodhisattwy współczucia
w żeńskim wydaniu. Jest jak Kannon,
ale bez egzotycznych cudowności i
orientalnego przepychu. Niezwykle
sympatyczna, stosunkowo młoda dziewczyna,
która potrafiła zaakceptować swe
gaśnięcie i odchodzenie.
Artystycznie była niezwykle dojrzała.
Jej interpretacje są często bardzo piękne
i nawet, kiedy śpiewa utwory znane,
zawsze są przede wszystkim Jej utworami.
Ale ja pokochałem Jej miłość, choć
jak powiedziałem, miłość nie jest niczyją
własnością. Jednak istnieją ludzie, osoby,
które potrafią jej odbite światło przekazać
innym, tak jak czyni to księżyc ze światłem
słońca.
Piosenki i pieśni, które śpiewała
mówią zwykle o miłości do konkretnej
osoby, ale jest kilka takich, które
wyrażają o wiele więcej...


O taką miłość nikt nie mógłby być zazdrosny, ponieważ ona nikogo nie zniewala i nie zatrzymuje przy sobie, anie nie prowadzi żadną ścieżką.
OdpowiedzUsuńPiękna milosc;))
OdpowiedzUsuńNie potrafiłbym bym o niej zapomnieć.
UsuńPiękny tekst i niezwykle uczucie!
OdpowiedzUsuń( nsg )
Ninel - dziękuję :-)) ...Ale martwi mnie to, że nie mogę odnaleźć Twojego bloga. Czyżby chwilowo nie istniał? Pod Twoim adresem wyświetlają się tylko grafiki.
UsuńW czasie wakacji zamieszczam jakieś teksty na: W splocie życia.gloriansg.blogspot.com
UsuńNadal jest dostępny: DOTYK CZŁOWIEKA.aninkedzog.blogspot.com
:-)
UsuńMasz rację z tym kłopotliwym wejściem na moją stronę.
UsuńDzisiaj udało mi się tym sposobem:
https://gloriansg.blogspot.com/
Dziękuję :-)) Miło, że zajrzałaś...
UsuńWięc jaki z tego morał ?:) Tylko takiej miłości sobie życzmy ! Nazumi czytam co piszą
OdpowiedzUsuńTwoi goście i stwierdzam , że bardzo szlachetnych masz gości . Pięknego wieczoru :)
Nie wiem, czy we wszystkim należy odnajdywać jakiś morał :-) Życie jest chyba na to zbyt bogate...Nie chcę chwalić moich gości. Sądzę, że wiedzą, co o nich myślę :-)) Ale miło mi, że tak uważasz. Pięknego środka nocy :-)
Usuń